Po ponad 15-godzinnej podróży stosunkowo komfortowym promem i bezpiecznym wyjeździe z jego najniższego pokładu „liznęliśmy” Neapol. Zanim jednak to nastąpiło, przez dłuższy czas próbowaliśmy wydostać się z portu. Tuż za rampą panował całkowity chaos – samochody wyjeżdżające z promu próbowały przeciskać się pomiędzy pojazdami już oczekującymi na załadunek. Dodatkowo na terenie portu brakowało jakichkolwiek oznaczeń wskazujących drogę do wyjazdu.
Port jest ogromny, a stojące wszędzie ciężarówki skutecznie ograniczają widoczność. Ostatecznie dotarliśmy do ogrodzenia i jadąc wzdłuż niego, bez żadnej kontroli, znaleźliśmy bramę wyjazdową. Jazda po Neapolu okazała się bardzo męcząca, a momentami wręcz niebezpieczna, dlatego szybko opuściliśmy miasto.
Po wjeździe na autostradę E45, z widokiem na majestatyczny Wezuwiusz, ruszyliśmy w kierunku Villa San Giovanni. Po około ośmiu godzinach jazdy, z krótkimi odbiciami w stronę legendarnego Wybrzeża Amalfitańskiego i Cinque Terre, znaleźliśmy się przy przeprawie do Messyny.
Tu zetknęliśmy się z kolejnym przykładem organizacyjnego chaosu, który dla mieszkańca północnej Europy jest trudny do zrozumienia. Bilety na prom kupuje się około 1,5 km przed portem, na ogromnym placu wyposażonym w bramki przypominające punkty poboru opłat autostradowych. Teoretycznie są automatyczne, jednak wokół nich kręci się sporo podejrzanie wyglądających osób. Automaty nie działają, bramki pozostają częściowo uniesione, a wszyscy coś krzyczą po włosku.
W końcu dostrzegliśmy niewielką budkę, w której mężczyzna przypominający żandarma sprzedawał bilety. Nie należały do tanich – około 85 euro za niespełna 40-minutową przeprawę dla dwóch osób i najmniejszego samochodu. Dodatkowo w internecie można było znaleźć informacje o cenach zaczynających się nawet od 2 euro. Ryzyko wydawało się spore, ale zdecydowaliśmy się zapłacić.
Po zakupie biletu ruszyliśmy do portu, krążąc wcześniej po wąskich uliczkach miasta. W kolejce do promu zapytałem jednego ze Szwajcarów o jego bilet. Okazało się, że wygląda inaczej niż nasz, ale kosztował dokładnie tyle samo. Ostatecznie kontroler potwierdził ważność naszych dokumentów i wyjaśnił, że bilet obowiązuje na pierwszy dostępny prom, niezależnie od przewoźnika. Oznaczało to również, że nie każdy prom przypływa dokładnie do centrum Messyny.
Najważniejsze było jednak to, że cała operacja zakupu biletu, odnalezienia portu i zaokrętowania zajęła zaledwie nieco ponad godzinę. W oddali majaczyły już światła Messyny i miejsce naszego noclegu.
Po szybkim opuszczeniu promu zagłębiliśmy się w ciasne i strome uliczki miasta. Jak w wielu starożytnych miejscowościach, gęsta zabudowa skutecznie utrudnia działanie nawigacji GPS. Nocleg znajdował się w samym centrum, dlatego po kilku nieudanych próbach dotarcia pod właściwy adres i z pomocą mieszkańców w końcu odnaleźliśmy cel.
Następnego dnia ruszyliśmy do Pozzallo, skąd odpływają promy na Maltę.
Tydzień wcześniej zarezerwowaliśmy bilety u jedynego operatora obsługującego trasę między Sycylią a Maltą. Problem polegał na tym, że status rezerwacji nie zmieniał się. Nasza trasa prowadziła przez Katanię, gdzie znajdowała się siedziba przewoźnika, dlatego postanowiliśmy wyjaśnić sprawę na miejscu.
Po okazaniu potwierdzenia rezerwacji wpuszczono nas do niewielkiego, klimatycznego portu położonego w centrum miasta. W biurze przewoźnika, mieszczącym się w XVIII-wiecznym forcie, pracowała jedna osoba. Z rozbrajającą szczerością poinformowała nas, że od kilku dni nie działa system informatyczny i sprzedaż biletów została wstrzymana. Nie wiedziała również, kiedy awaria zostanie usunięta.
Poradziła jednak udać się bezpośrednio do Pozzallo. Po telefonicznej konsultacji z pracownikami portu usłyszeliśmy dokładnie to samo – mamy przyjechać i spróbować dostać się na pokład.
Po dotarciu do Pozzallo okazało się, że nie można parkować bezpośrednio przy porcie, a biuro przewoźnika znajduje się kilkaset metrów dalej. Pracownice były już poinformowane o naszej sytuacji, jednak jedyne, co mogły zaproponować, to przyjazd wieczorem i próba wejścia na prom.
Nie będę szczegółowo opisywał chaosu, jaki panował podczas wieczornego załadunku. Po kilku godzinach obserwacji podjęliśmy trudną decyzję. Będąc zaledwie 93 km od Malty, musieliśmy zrezygnować z odwiedzenia wyspy. Był to pierwszy raz od ponad 20 lat podróżowania Fiatem Uno, gdy nie udało nam się zrealizować jednego z głównych punktów wyprawy.
W zamian postanowiliśmy przejechać Sycylię po przekątnej, trasami całkowicie pomijanymi przez komercyjne wycieczki.
Łatwo zrozumieć, dlaczego biura podróży nie kierują turystów w głąb wyspy. Stan dróg jest miejscami wręcz katastrofalny. Nawet główne, płatne trasy potrafią zaskoczyć głębokimi wyrwami, uskokami, zniszczonymi mostami, popękanym asfaltem czy kilkudziesięciometrowymi odcinkami szutrowymi. Często brakuje jakichkolwiek oznaczeń ostrzegających kierowców o zagrożeniach.
Równie zaskakujące jest oznakowanie. Wiele ograniczeń prędkości wydaje się całkowicie przypadkowych, podczas gdy w miejscach naprawdę niebezpiecznych znaków po prostu nie ma. Nierzadko można zauważyć słupy pozbawione tablic, znaki odwrócone tyłem do drogi lub połamane konstrukcje.
W interiorze sytuacja wygląda jeszcze bardziej ekstremalnie. Zdarza się, że droga nagle się kończy, pojawia się zakaz wjazdu, asfalt przechodzi w wyboistą drogę gruntową, a nawigacja uparcie wskazuje ją jako jedyną możliwą trasę. Widząc jednak, że miejscowi nie przejmują się podobnymi ograniczeniami, jechaliśmy dalej.
Zaskakujący jest również styl jazdy włoskich kierowców. Większość z nich nie omija dziur ani uskoków. Jadą szybko i pewnie, jakby nierówności w ogóle nie istniały. Ja starałem się omijać przeszkody i zwalniać przed większymi uszkodzeniami nawierzchni, co wywoływało wyraźne zdziwienie innych uczestników ruchu.
Podczas licznych przerw na espresso rozmawialiśmy z lokalnymi kierowcami. Wielu z nich odwiedziło Polskę i zgodnie twierdziło, że nasze drogi przypominają lustro – są równe, przewidywalne i… pozbawione emocji. Podobne opinie słyszeliśmy również na Korsyce.
Jednak to właśnie dla niezwykłych krajobrazów warto było przemierzać te wymagające trasy. Malownicze miasteczka zawieszone na stromych zboczach gór prezentują się spektakularnie, choć jazda przez nie bywa prawdziwym wyzwaniem.
Większość takich miejscowości nie posiada obwodnic, dlatego przejazd przez ich centra jest nieunikniony. Ulice bywają szerokie zaledwie na szerokość Fiata Uno, są bardzo strome, a zakręty niezwykle ciasne. Mimo to miejscowi kierowcy poruszają się po nich z zadziwiającą swobodą i skutecznością. Co ciekawe, widząc zagranicznego kierowcę, często zostawiali mi znacznie więcej miejsca niż swoim rodakom.
Podróżując po większych miastach Sycylii i Włoch, należy zwracać uwagę na niepozorne oznaczenia ZTL (Zona Traffico Limitato). Nie są one odpowiednikiem polskich Stref Czystego Transportu. Oznaczają strefy ograniczonego ruchu, które mogą być czasowo zamykane dla wszystkich pojazdów, niezależnie od norm emisji spalin.
Wjazd do aktywnej strefy ZTL może skutkować mandatem od około 160 do nawet 850 euro. Kontrola odbywa się za pomocą kamer monitorujących wszystkie wjazdy.
Przez niemal jedną trzecią trasy towarzyszył nam widok na Etnę – majestatyczny, stale aktywny wulkan, który dominuje nad krajobrazem wschodniej Sycylii. Dla takich widoków naprawdę warto spędzać długie godziny za kierownicą.
W planach zwiedzania Malty znajdował się słynny opuszczony salon Subaru. Niestety awaria systemu rezerwacyjnego pokrzyżowała te plany. Los jednak częściowo wynagrodził nam tę stratę. Na Sycylii natrafiliśmy bowiem na opuszczony salon Fiata i Lancii, a w jego wnętrzu można było dostrzec między innymi Lancię Dedrę. Dla miłośnika motoryzacji był to wyjątkowy widok.
Bliskość Afryki sprawia, że samochody bardzo szybko pokrywają się charakterystycznym, żółtawym pyłem znad Sahary. Lepsze hotele oferują więc miejsca parkingowe w zamkniętych garażach zamiast na otwartych parkingach. Co ciekawe, każdy taki garaż stanowi osobną opowieść o włoskiej motoryzacji.
Korzystając z czasu zaoszczędzonego na niezrealizowanej wyprawie na Maltę, postanowiliśmy odwiedzić Wyspy Liparyjskie. Jednym z głównych punktów programu było Stromboli – kolejny aktywny wulkan na naszej trasie.
Dzięki temu wyprawa stała się nie tylko podróżą po trzech wyspach Morza Śródziemnego, ale także wyprawą śladami aktywnych włoskich wulkanów. Na Stromboli uwagę zwracał również lokalny patrol Carabinieri, który poruszał się polskim Melexem. Patrząc na ich kolegów z Sardynii jeżdżących Lamborghini Urusami czy Alfami Romeo Giulia Quadrifoglio, można było odnieść wrażenie, że mieli powody do lekkiej zazdrości. 😉































