Untitled
Dodano: 02.02.2013

Mój pierwszy zabytkowy samochód: Mercedes Benz W123!

Zamiast ”normalnego” życia wybrałem żywot w garażu! Marcin Kalwat z Bielin (woj. świętokrzyskie).
Cokolwiek zamierzasz zrobić, o czymkolwiek marzysz, zacznij działać. Śmiałość zawiera w sobie geniusz, siłę i magię.  Johann Wolfgang Goethe
.

Nie przeżyłem jeszcze wielkich i arcyciekawych przygód w terenie związanych z moim zabytkowym samochodem, lecz to co działo się przed i w trakcie jego renowacji – mogę śmiało uznać za co najmniej niebanalne doświadczenie.
Realia, w których dzieje się akcja mojej opowieści są czysto polskie, a co za tym idzie, przesiąknięte (czasem w brutalny sposób) smutną rzeczywistością. Moją historię podzielę na chronologicznie uporządkowane etapy. Zaczynamy!

Etap 1. Marzenia i ich spełnienie.
Pomysł z zakupem zabytkowego auta zrodził się w mojej głowie zupełnie spontanicznie.
Pewnego słonecznego, styczniowego ranka, zupełnie znudzony, przeglądałem internet. Nie szukałem niczego szczególnego. Po prostu zabijałem czas pomiędzy niedzielną jajecznicą na boczku, a obiadowym rosołkiem. Jako student (opłacany przez państwo) stwierdziłem, że wygodnie byłoby mieć swój własny samochód.
Od dziecka interesowałem się motoryzacją i liczyła się dla mnie tylko jedna marka-MERCEDES-BENZ. W Wikipedii wyczytałem, że model W-123, czyli popularna ,,Beczka”, to samochód, w którym pierwsze usterki pojawiały się przy przebiegu około 700 000 km, a firma nieomal zbankrutowała przez jego niezawodność. Pomyślałem, że muszę go mieć!

Etap 2. Relia i pozory.
Za cenę 2000 zł na Allegro znalazłem bardzo ładną, jasnozieloną ”Bekę” z 1978r. Namówiłem tatę, żeby wsparł mnie w moim pomyśle argumentując, że przy niewielkich kosztach i dzięki nakładowi własnej pracy zrobimy z niego poprawnie jeżdżący samochód dla początkującego kierowcy. Tata dał się przekonać!
Egzemplarz ”upatrzony” przeze mnie okazał się być 100 procentowym oryginałem w bardzo dobrym stanie zarówno blacharskim jaki i mechanicznym. No to bierzemy!
Pierwsze oznaki, że z samochodem mogę mieć pewne ”kłopociki” pojawiły się już po drodze.
Mój wujek Jacek siedzący na fotelu pasażera był bliski wypadnięcia z samochodu przy prędkości 120 km/h (nieźle cisnąłem co…?). Ewentualnie niczym jaskiniowiec Flinston – napędzałby samochód nogami. Zapytacie niczym sławny bohater telenoweli. Co się, co się, co się stało? Ano to Wam odpowiem, że lewa strona fotela pasażera nieomal zetknęła się z ziemią z powodu zarwania się przerdzewiałej podłogi (albo tego co z niej zostało).Wujek przesiadł się do tyłu:-)
Kolejny drobny incydencik  przytrafił się nam pod Kielcami. Rura wydechowa pomiędzy tłumikiem środkowym a końcowym przełamała się i jedna ze stron zaczęła rysować o ulicę.

Na miejscu po zdemontowaniu wielu części okazało się, że ten piękny samochód to był tylko pozór, a realia są takie, że każda część wymaga renowacji….TOTALNA ZAŁAMKA!

Etap 3. Jacek majster.
Renowację samochodu rozpocząłem wraz z wcześniej wspomnianym wujkiem. Kiedy poprosiłem go o pomoc akurat był bezrobotny. Wujek bardzo dobrze zna się na blacharstwie i lakiernictwie. Mechanika ”beczki” również nie miała dla niego tajemnic.
Wszystkie prace wykonywaliśmy bardzo starannie z dbałcią o każdy, nawet najmniejszy szczegół. Początkowy zamysł ”połatania” samochodu ”do jazdy” niechcący przerodził się w szczegółową renowację zabytku..
Końca roboty nie widać!

Etap 4. Żeby tylko dożyć do końca..
W trakcie prac zarówno ja jaki i Jacek stracilibyśmy zdrowie lub życie. Przygód było wiele, np.:

  • ochlapanie twarzy rozgrzaną do temperatury 100 stopni Celsjusza i wtryskiwaną pod dużym ciśnieniem mieszaniną smaru i środka do konserwacji blach,
  • przypalenie palnikiem włosów podczas zakładania gumowych wyciszeń ”na gorąco”,
  • przytrzaśnięcie palca drzwiami podczas ustawiania ”luki” na drzwiach,
  • setki poparzeń, tysiące ran (kłutych, szarpanych, ciętych, rąbanych, tłuczonych – w zasadzie to tylko postrzałowych nie miał), miliony wypalonych papierosów.

Niektóre moje przypadki:

  • zniszczenie skóry rąk na ok. 2 tygodnie spowodowane czarnym klejem do zakładania szyb (uważajcie bo to najgorszy klej jaki może być). Skórę chciałem doczyścić rozpuszczalnikiem i środkiem do mycia naczep samochodów cieżarowych:-),
  • przejechanie samochodu po mojej stopie – na szczęście bez większych urazów.
  • wypalenie kilku dziur w rękach spowodowane spawaniem migomatem w bawełnianych rękawiczkach,
  • wyjmowanie z twarzy metalowych drucików odrywających się podczas czyszczenia rdzy szlifierką,
  • inne niebezpieczne sytuacje, w których np. drewniany klocek uchronił mnie od zmiażdżenia przez ciężar samochodu.
    Podsumowując. Jacek miał gotrzej!

Etap 5. Mercedes czy kobieta?
Na renowacji ucierpiała także moja dziewczyna (95% wolnego czasu przeznaczałem na remont, 5% na czytanie o podobnych remontach).
Dorota, bo tak ma na imię kobieta mojego serca, wreszcie nie wytrzymała i postanowiła mi pomóc.
Założyła stare ubrania i zabrała się do pracy….Początkowo zadania Doroty były poważnie ograniczona ze względu na jej kobiecą wiedzę na temat mechaniki samochodowej, ale jak to mówią, w warsztacie zawsze przyda się ktoś do sprzątania.
Z czasem moja kobieta posiadła niespotykane wśród innych zdolności.
Nauczyła się: odkręcać i przykręcać koła, malować farbą antykorozyjną, dokręcać nakrętki,  zdejmować uszczelki, oklejać samochód do malowania, i wiele, wiele innych o których piękna płeć nie ma zielonego pojęcia.
Praca ta po czasie stała się romantyczną przygodą dającą wspólne satysfakcje płynące z postępów podczas renowacji .Zdjęcia mojej dziewczyny podczas pracy załączam do opowiadania. ECH TE KOBIETY!

Etap 6. Problemy rozrywkowo – finansowe (Premierze -”jak żyć?”).
Renowacja pochłaniała wszystkie moje pieniądze(i część pieniędzy mojego taty).
Przestałem chodzić na koncerty, kupować sobie nowe ubrania, a na propozycję moich kolegów, dotyczących wspólnego wyjścia na imprezy odpowiadałem -”Przykro mi, ale NIE”!
Zaciągnąłem kredyt (w chwili gdy to piszę została mi do spłacenia tylko jedna rata).

Palenie smakowej sziszy zastąpiło mi wdychanie oparów z rozpuszczalnika, koncerty zostały wyparte przez ukurzone grające radio z budzikiem, a zamiennikiem dobrych książek podróżniczych został poradnik ”SAM NAPRAWIAM W123”………..Koniec już blisko!

Etap 7. Wyjscie z mroku.
Po 1,5 roku ciężkiej pracy, nakładzie finansowym rzędu 30 tys zł. Beczka została ukończona! Blacharka zrobiona w 100% od nowa, piękny lakier, tapicerka obszyta kremową skórą, drewniane dodatki, oryginalne radio i cudowne brzmienie wyremontowanego, 3-litrowego Diesla. Środek pachnie nowością.
Nieważne było dla mnie, że po pracy pozostało mi jeszcze 5 tys zł kredytu, dwa totalnie zaśmiecone garaże, milion części od innych beczek na podłodze, ścianach i suficie(no może lekko przesadziłem), rany na ciele i dłonie ”starego mechanika”. To był koniec pracy, a początek przyjemności…..

Samochód płynie po drodze i pięknie ”klekocze” a na jego widok kobiety zdejmują majtki przez głowę i wskakują mi podczas jazdy do środka.

Wszyscy żyją i mają się dobrze:-)
Jestem w trakcie załatwiania ”żółtych tablic” do mojego auta i mam nadzieję, że już za 2-3 tygodnie będzie pełnoprawnym zabytkiem.
Zdjęcia pojazdu niestety nie odzwierciedlają jego rzeczywistego blasku (część była zrobiona przy pochmurnej pogodzie, bardzo słabym aparatem, a na zrobienie innych zdjęć nie mam już czasu. Kończy się czas oddawania prac do konkursu.
Najważniejsze jest to, że dzięki renowacji wiele się nauczyłem, umocniłem swoją więź z dziewczyną :), a co najważniejsze SPEŁNIŁEM SWOJE MARZENIE!

Tekst oraz zdjęcia: Marcin Kalwat

Powiązane artykuły

Archiwum recenzji